Kosztuję ciacho. Pyszne... Wręcz nieziemsko pyszne. No to mam swoją Alicję w Krainie Czarów - moje nogi stają się długie, takie jak u pająka kątnika, na szczęście chociaż nie włochate, chociaż mam na sobie spodnie. Białe spodnie? Skąd one się wzięły? Nie wiem, ale w końcu to faza, popieprzona faza. W myślach w kółko sobie to powtarzam : To faza, to faza.
-Oczywiście że faza- odezwało się ciacho - smakowałem? Skosztuj jeszcze, będzie ciekawie, po to jestem. To mój jedyny cel i sens istnienia. Mam Ci dostarczyć wrażeń.
Nogi pająka średnio mi się uśmiechają, no to kolejny gryz. Super, ręce też mi się wydłużyły. Może po którymś gryzie się skurczą? Po kolejnym wydłuża mi się szyja, ale mam plan, bo cały czas gryzłam z jednej strony. Czas na drugą. Podziałało. Wszystko wróciło do normy. A już się bałam że sporo się będę musiała nagimnastykować. Ale jestem normalna. Coś za łatwo poszło. Oglądam się uważnie, nogi na swoim miejscu, proporcje ok, tak samo ręce, nie mam lusterka, więc nie widzę twarzy.
-Tam leży, na prawo- mówi ciacho i przy okazji wydaje się że umie w myślach czytać.
Biorę lusterko. Patrzę sobie w oczy a tam widzę dosłownie wirującą galaktykę pełną gwiazd...
Hipnotyzujący widok. Nie mogę oderwać wzroku.
-To Twoja galaktyka, jesteś jej Bogiem, co z nią zrobisz?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą halucynacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą halucynacje. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 marca 2018
piątek, 23 lutego 2018
Lilium 6
Pewnego dnia zauważyłam niezwykłego motyla, trudno go opisać, gdyż mienił się w kolorach tęczy będąc równocześnie pół przezroczysty. Jako że był to nowy element mojej dość monotonnej egzystencji poszłam za nim. Powolutku przefruwał z kwiatka na kwiatek, od jednego krzewu do drugiego, zarośla stawały się coraz bardziej gęste, a teren pagórkowaty. Wyglądało na to że jeszcze nie byłam w tej okolicy, choć wcześniej byłam pewna że znam już każdy krzaczek, każdą kępkę trawy w tej dziwacznej , choć pięknej krainie.
W jednym z pagórków było coś na wzór jamy, jaskinią tego bym nie nazwała, ot spora, dość głęboka dziura w ziemi. Motyl gdzieś zniknął, a ja zauważyłam że we wnętrzu jamy coś się błyszczy.
Jako kobieta nie mogłam tego tak po prostu zostawić, szczególnie że wiedziałam że groźnych zwierząt tutaj nie ma i nie ma się czego bać.
Weszłam do środka, jama okazała się dużo większa niż myślałam. To połyskujące to były dziwne lekko opalizujące kamyczki, które jakimś cudem świeciły swoim własnym blaskiem. Nie wiem czemu przez głowę mi przeleciało że to może być promieniotwórcze, aż się uśmiechnęłam z absurdalności takiego pomysłu, chociaż kto wie co to w sumie może być. Tak czy inaczej to nie rzeczywistość, czyli tak naprawdę nic złego mi się stać nie może nawet jakby to były kamyczki czegoś promieniotwórczego. Co najwyżej sama zacznę świecić...
Gdy patrzyłam na jamę z zewnątrz wydawało mi się że jest niewielka, w środku okazało się że korytarz skręca raz w jedną raz w drugą stronę. Przez te opalizujące kamyczki nie było ciemno. Tunel się rozszerzał i stawał coraz wyższy tak że mogłam już wygodnie iść wyprostowana.
Pierwsze rozwidlenie dróg... Hmmm... Miło się odkrywa nowe miejsca , ale pobłądzić jakoś nie mam ochoty. Może i w 'Krainie Jeziora' czułam się jak w więzieniu bez krat , to jednak wizja zabłądzenia w dziwacznych korytarzach była jeszcze mniej atrakcyjna tak na dłuższą metę.
Odwróciłam się do tyłu aby zorientować się czy jeszcze widać światło z wylotu jamy, ale okazało się że nie a na dobitkę że z tyłu też jest rozgałęzienie i to w trzy strony... Byłam pewna że wcześniej go nie było...
No ,cóż .... rozsądniej spróbować wrócić na powierzchnię. Poszłam środkowym korytarzem, bo to wydawało mi się najbardziej logiczne, ale poczułam się jak Alicja w króliczej zaczarowanej norze... Trafiłam do sporego pomieszczenia w którym stał stół. Taki ogromny. Samo pomieszczenie też miało z 5metrów wysokości... Stół miał przezroczysty blat a na nim ogromne ciasteczka pachnące intensywnym charakterystycznym zapaszkiem ciach z ziółkiem , jakie piecze mój dobry znajomy...
Poczułam że dosłownie muszę je zjeść, tylko jak je dosięgnąć. Magia to magia: rozglądam się raz - nic, puste ściany, rozglądam się drugi raz - drabina:D Taka porządna aluminiowa drabina. No to przystawiam ją do stołu i wchodzę po ciacha. Siadam sobie na stole, obok mnie ciacha rozmiarów ogromnej pizzy. Dosłownie mówią:
-Zjedz mnie....
Niby mam jakieś opory, ale jak tu wygrać z gadającym konopnym wypiekiem???
W jednym z pagórków było coś na wzór jamy, jaskinią tego bym nie nazwała, ot spora, dość głęboka dziura w ziemi. Motyl gdzieś zniknął, a ja zauważyłam że we wnętrzu jamy coś się błyszczy.
Jako kobieta nie mogłam tego tak po prostu zostawić, szczególnie że wiedziałam że groźnych zwierząt tutaj nie ma i nie ma się czego bać.
Weszłam do środka, jama okazała się dużo większa niż myślałam. To połyskujące to były dziwne lekko opalizujące kamyczki, które jakimś cudem świeciły swoim własnym blaskiem. Nie wiem czemu przez głowę mi przeleciało że to może być promieniotwórcze, aż się uśmiechnęłam z absurdalności takiego pomysłu, chociaż kto wie co to w sumie może być. Tak czy inaczej to nie rzeczywistość, czyli tak naprawdę nic złego mi się stać nie może nawet jakby to były kamyczki czegoś promieniotwórczego. Co najwyżej sama zacznę świecić...
Gdy patrzyłam na jamę z zewnątrz wydawało mi się że jest niewielka, w środku okazało się że korytarz skręca raz w jedną raz w drugą stronę. Przez te opalizujące kamyczki nie było ciemno. Tunel się rozszerzał i stawał coraz wyższy tak że mogłam już wygodnie iść wyprostowana.
Pierwsze rozwidlenie dróg... Hmmm... Miło się odkrywa nowe miejsca , ale pobłądzić jakoś nie mam ochoty. Może i w 'Krainie Jeziora' czułam się jak w więzieniu bez krat , to jednak wizja zabłądzenia w dziwacznych korytarzach była jeszcze mniej atrakcyjna tak na dłuższą metę.
Odwróciłam się do tyłu aby zorientować się czy jeszcze widać światło z wylotu jamy, ale okazało się że nie a na dobitkę że z tyłu też jest rozgałęzienie i to w trzy strony... Byłam pewna że wcześniej go nie było...
No ,cóż .... rozsądniej spróbować wrócić na powierzchnię. Poszłam środkowym korytarzem, bo to wydawało mi się najbardziej logiczne, ale poczułam się jak Alicja w króliczej zaczarowanej norze... Trafiłam do sporego pomieszczenia w którym stał stół. Taki ogromny. Samo pomieszczenie też miało z 5metrów wysokości... Stół miał przezroczysty blat a na nim ogromne ciasteczka pachnące intensywnym charakterystycznym zapaszkiem ciach z ziółkiem , jakie piecze mój dobry znajomy...
Poczułam że dosłownie muszę je zjeść, tylko jak je dosięgnąć. Magia to magia: rozglądam się raz - nic, puste ściany, rozglądam się drugi raz - drabina:D Taka porządna aluminiowa drabina. No to przystawiam ją do stołu i wchodzę po ciacha. Siadam sobie na stole, obok mnie ciacha rozmiarów ogromnej pizzy. Dosłownie mówią:
-Zjedz mnie....
Niby mam jakieś opory, ale jak tu wygrać z gadającym konopnym wypiekiem???
wtorek, 13 lutego 2018
Lilium 5
Nie wiem ile czasu trwały potyczki z głosem, bawiącym się słowami które pomyślałam.
W końcu udało mi się na tyle mocno skoncentrować się na wyobrażonym widoku zachodu słońca nad jeziorem ,że głos wyparował a ja znalazłam się nad tym jeziorem.
Było cudowne, takie realne, szum wody, charakterystyczny zapach, miła temperatura...
Nikogo tam nie było. Tylko ja i to w znajomym mi ciele oraz przepiękny krajobraz.
Podeszłam do samiutkiego brzegu, wyjęłam z wody kawałek wodorostu...
Zupełnie jak prawdziwy, nie raz trzymałam w ręku taki wodorost, więc wiem że był jak należy, we wszystkich detalach. Lecz jakimś cudem wciąż miałam świadomość że to tylko wizja, halucynacja...
Testy rzeczywistości? Ćwicząc LD zapoznałam się z wieloma testami rzeczywistości, których wykonanie pozwalało się zorientować czy to sen czy rzeczywistość, więc do dzieła:
-spojrzenie na własne ręce -w snach (przynajmniej moich) gdy się popatrzy na własne dłonie coś jest z nimi nie tak, często trudno określić dokładnie co ale to się wie, tym razem wyglądają całkowicie zwyczajnie
-zegarka nie posiadam, książki też, ale mogę coś napisać na piasku - działa jak w normalnym rzeczywistym świecie...
Czyli tak właściwie jak poznać co jest 'normalną rzeczywistością' a co 'inną rzeczywistością' ?
Jak rozpoznać która jest która?
Ciekawe jak długo tu będę?
Słońce coraz bardziej chowało się za lasem po drugiej stronie jeziora.
Może się położę i zasnę? W ten sposób powinnam się znaleźć w innym miejscu, bo może to jezioro jest przepiękne, ale co ja właściwie mam tu robić? Popływać? Chętnie, ale robi się coraz chłodniej a jakoś ręcznika nie posiadam, a z ciuchów mam tylko jasne spodnie i błękitną koszulkę w które byłam ubrana pijąc 'herbatkę'...
Z jednej strony mam świadomość że to tylko bardzo realistyczna halucynacja, z drugiej poziom jej realności sprawia że praktycznie traktuję ją jak rzeczywistość.
Na razie spacerek, mam chęć rozejrzeć się po okolicy, może znajdzie się coś ciekawego, może kogoś spotkam, może trafię na jakieś niezwykłe budynki?
Ufff... jezioro zostało okrążone. Jest już noc, lecz ze względu na jasno świecący księżyc i zdumiewająco wyraziste gwiazdy udało mi się powrócić do punktu wyjścia.
Wnioski - zero budynków w zasięgu wzroku, a na małe wzniesienie weszłam, zero jakichkolwiek konkretnych ścieżek (takie nie do końca wyraźne i wąskie były- obstawiam że to trasy wędrówek jakiś zwierzaków),zero śmieci lub innych śladów działalności ludzi...
Czuję potworne zmęczenie, kładę się na miękkim piasku , po cichu liczę że jak zasnę to przeniosę się gdzieś indziej, że nastąpi dalszy, bardziej typowy dla psychodelicznych wizji ciąg zdarzeń.
Jest mi zimno, na skórze czuję wilgoć... Budzę się, nadal jestem na plaży, nie pamiętam aby cokolwiek mi się śniło, słońce jeszcze nie wstało, ale robi się jasno... Próbuję otrzepać się z piasku - wybranie plaży jako łózka, chyba jednak mądre nie było, bo zadanie jest utrudnione ze względu na rosę.
No cóż - niebo jest praktycznie bezchmurne, po ogólnej temperaturze i roślinności obstawiam że jest pełnia lata, więc będzie się robiło coraz cieplej. Na razie zrobię szybki spacer aby się rozgrzać( w tej rzeczywistości mam taką samą awersję do biegania jak w zwykłej, potem się umyję w jeziorze i zobaczę co dalej.
Sytuacja jest dziwnie normalna- jakkolwiek to brzmi, zazwyczaj wizje były pokręcone, pełne fraktali, innych wymiarów, niezwykłych stworzeń, a tu utkwiłam nad jakimś wymyślonym przeze mnie jeziorze... Nadal mam pełną świadomość że ten świat to tylko moja wizja, że pochodzę z innego, w którym w moim pokoju, na łóżku leży sobie moje prawdziwe ciało, a to co tu przeżywam to wynik biochemicznych reakcji zachodzących w moim mózgu pod wpływem dmt...
Nie zmienia to faktu że doświadczam tego świata tak samo jak doświadczałam tego który nazywam rzeczywistością.
Dociera do mnie jedna niekonsekwencja - ciuchy mam takie same jak te w które byłam ubrana w prawdziwej rzeczywistości, ale w tej mam buty, w których się przecież nie położyłam do łóżka.
Mam na nogach moje wytarte trampki, skarpetek brak. Do dłuższej wędrówki mało komfortowe, szczególnie że na konkretną ścieżkę nadal nie trafiłam...
Dotarłam na jakieś wzniesienie - przepiękny widok - z jednej strony jezioro, z drugiej coś ala porośnięta trawą i krzewami dolina, ale nadal nie dostrzegam jakichkolwiek śladów człowieka. W sumie trafiłam do świata mojego wymyślonego jeziorka, w założeniu miała być cisza i spokój, czyli brak ludzi...
Teraz, gdy po długich miesiącach od tamtej psychodelicznej wyprawy próbuję to spisać, trudno mi przypomnieć sobie szczegóły, ale spędziłam tam ponad rok, brzmi to absurdalnie ,ale robiłam sobie notatki ( jak w filmach - patyki i ostry kamień), na szczęście wciąż trwało lato, zawsze była piękna pogoda, nie padał deszcz, a mimo to roślinność nie wysychała. Z żywnością nie było większego problemu - rosło tam mnóstwo soczystych malin, jeżyn i jagód, znalazłam sporo drzew owocowych... Większy problem stanowiła topografia, bo w kółko wracałam do tego samego jeziora. Dosłownie - startując np z plaży na której zaczęła się moja przygoda z tym światem i starając się iść ciągle na wschód mijałam piękną dolinkę, potem klika wzniesień, następnie gęsty iglasty las który graniczył z zachodnią stroną jeziora. Dosłownie jakby to była taka mikro planeta, choć gdyby tak było grawitacja powinna być inna i powinnam bardziej widzieć że jestem na kuli a miałam takie samo jak na Ziemi wrażenie płaskości... Ale czy od halucynacji można wymagać logiki?
Problemem stało się to że coraz trudniej było mi wierzyć w to że to tylko halucynacja, że pochodzę z innego świata i to mimo że ciągle miałam wspomnienia o nim, czułam tęsknotę do mojej rodziny to ten nowy świat stał się moim światem. Samo nazewnictwo sprawiało problemy - realny, rzeczywisty świat był tylko wspomnieniem, a ten który mnie otaczał, dostarczał wrażeń zmysłowych, w którym musiałam szukać pokarmu, bo czułam głód, w którym kombinowałam prowizoryczny domek, bo czułam potrzebę posiadania schronienia mimo że tu nie padał deszcz ani nie spotkałam groźniejszych zwierząt od komarów, to ten otaczający mnie świat był halucynacją... Bolące zranienia i zadrapania były nieprawdziwe, problemy życia bez zdobyczy cywilizacji były nieprawdziwe, a odległy świat gdzie ciągle sobie leżałam i być może nie upłynęła ani godzina miał być tym realnym i prawdziwym.
Na szczęście pewnego dnia szukając czegoś do zjedzenia ujrzałam niezwykłego motyla nieznanego mi gatunku...
W końcu udało mi się na tyle mocno skoncentrować się na wyobrażonym widoku zachodu słońca nad jeziorem ,że głos wyparował a ja znalazłam się nad tym jeziorem.
Było cudowne, takie realne, szum wody, charakterystyczny zapach, miła temperatura...
Nikogo tam nie było. Tylko ja i to w znajomym mi ciele oraz przepiękny krajobraz.
Podeszłam do samiutkiego brzegu, wyjęłam z wody kawałek wodorostu...
Zupełnie jak prawdziwy, nie raz trzymałam w ręku taki wodorost, więc wiem że był jak należy, we wszystkich detalach. Lecz jakimś cudem wciąż miałam świadomość że to tylko wizja, halucynacja...
Testy rzeczywistości? Ćwicząc LD zapoznałam się z wieloma testami rzeczywistości, których wykonanie pozwalało się zorientować czy to sen czy rzeczywistość, więc do dzieła:
-spojrzenie na własne ręce -w snach (przynajmniej moich) gdy się popatrzy na własne dłonie coś jest z nimi nie tak, często trudno określić dokładnie co ale to się wie, tym razem wyglądają całkowicie zwyczajnie
-zegarka nie posiadam, książki też, ale mogę coś napisać na piasku - działa jak w normalnym rzeczywistym świecie...
Czyli tak właściwie jak poznać co jest 'normalną rzeczywistością' a co 'inną rzeczywistością' ?
Jak rozpoznać która jest która?
Ciekawe jak długo tu będę?
Słońce coraz bardziej chowało się za lasem po drugiej stronie jeziora.
Może się położę i zasnę? W ten sposób powinnam się znaleźć w innym miejscu, bo może to jezioro jest przepiękne, ale co ja właściwie mam tu robić? Popływać? Chętnie, ale robi się coraz chłodniej a jakoś ręcznika nie posiadam, a z ciuchów mam tylko jasne spodnie i błękitną koszulkę w które byłam ubrana pijąc 'herbatkę'...
Z jednej strony mam świadomość że to tylko bardzo realistyczna halucynacja, z drugiej poziom jej realności sprawia że praktycznie traktuję ją jak rzeczywistość.
Na razie spacerek, mam chęć rozejrzeć się po okolicy, może znajdzie się coś ciekawego, może kogoś spotkam, może trafię na jakieś niezwykłe budynki?
Ufff... jezioro zostało okrążone. Jest już noc, lecz ze względu na jasno świecący księżyc i zdumiewająco wyraziste gwiazdy udało mi się powrócić do punktu wyjścia.
Wnioski - zero budynków w zasięgu wzroku, a na małe wzniesienie weszłam, zero jakichkolwiek konkretnych ścieżek (takie nie do końca wyraźne i wąskie były- obstawiam że to trasy wędrówek jakiś zwierzaków),zero śmieci lub innych śladów działalności ludzi...
Czuję potworne zmęczenie, kładę się na miękkim piasku , po cichu liczę że jak zasnę to przeniosę się gdzieś indziej, że nastąpi dalszy, bardziej typowy dla psychodelicznych wizji ciąg zdarzeń.
Jest mi zimno, na skórze czuję wilgoć... Budzę się, nadal jestem na plaży, nie pamiętam aby cokolwiek mi się śniło, słońce jeszcze nie wstało, ale robi się jasno... Próbuję otrzepać się z piasku - wybranie plaży jako łózka, chyba jednak mądre nie było, bo zadanie jest utrudnione ze względu na rosę.
No cóż - niebo jest praktycznie bezchmurne, po ogólnej temperaturze i roślinności obstawiam że jest pełnia lata, więc będzie się robiło coraz cieplej. Na razie zrobię szybki spacer aby się rozgrzać( w tej rzeczywistości mam taką samą awersję do biegania jak w zwykłej, potem się umyję w jeziorze i zobaczę co dalej.
Sytuacja jest dziwnie normalna- jakkolwiek to brzmi, zazwyczaj wizje były pokręcone, pełne fraktali, innych wymiarów, niezwykłych stworzeń, a tu utkwiłam nad jakimś wymyślonym przeze mnie jeziorze... Nadal mam pełną świadomość że ten świat to tylko moja wizja, że pochodzę z innego, w którym w moim pokoju, na łóżku leży sobie moje prawdziwe ciało, a to co tu przeżywam to wynik biochemicznych reakcji zachodzących w moim mózgu pod wpływem dmt...
Nie zmienia to faktu że doświadczam tego świata tak samo jak doświadczałam tego który nazywam rzeczywistością.
Dociera do mnie jedna niekonsekwencja - ciuchy mam takie same jak te w które byłam ubrana w prawdziwej rzeczywistości, ale w tej mam buty, w których się przecież nie położyłam do łóżka.
Mam na nogach moje wytarte trampki, skarpetek brak. Do dłuższej wędrówki mało komfortowe, szczególnie że na konkretną ścieżkę nadal nie trafiłam...
Dotarłam na jakieś wzniesienie - przepiękny widok - z jednej strony jezioro, z drugiej coś ala porośnięta trawą i krzewami dolina, ale nadal nie dostrzegam jakichkolwiek śladów człowieka. W sumie trafiłam do świata mojego wymyślonego jeziorka, w założeniu miała być cisza i spokój, czyli brak ludzi...
Teraz, gdy po długich miesiącach od tamtej psychodelicznej wyprawy próbuję to spisać, trudno mi przypomnieć sobie szczegóły, ale spędziłam tam ponad rok, brzmi to absurdalnie ,ale robiłam sobie notatki ( jak w filmach - patyki i ostry kamień), na szczęście wciąż trwało lato, zawsze była piękna pogoda, nie padał deszcz, a mimo to roślinność nie wysychała. Z żywnością nie było większego problemu - rosło tam mnóstwo soczystych malin, jeżyn i jagód, znalazłam sporo drzew owocowych... Większy problem stanowiła topografia, bo w kółko wracałam do tego samego jeziora. Dosłownie - startując np z plaży na której zaczęła się moja przygoda z tym światem i starając się iść ciągle na wschód mijałam piękną dolinkę, potem klika wzniesień, następnie gęsty iglasty las który graniczył z zachodnią stroną jeziora. Dosłownie jakby to była taka mikro planeta, choć gdyby tak było grawitacja powinna być inna i powinnam bardziej widzieć że jestem na kuli a miałam takie samo jak na Ziemi wrażenie płaskości... Ale czy od halucynacji można wymagać logiki?
Problemem stało się to że coraz trudniej było mi wierzyć w to że to tylko halucynacja, że pochodzę z innego świata i to mimo że ciągle miałam wspomnienia o nim, czułam tęsknotę do mojej rodziny to ten nowy świat stał się moim światem. Samo nazewnictwo sprawiało problemy - realny, rzeczywisty świat był tylko wspomnieniem, a ten który mnie otaczał, dostarczał wrażeń zmysłowych, w którym musiałam szukać pokarmu, bo czułam głód, w którym kombinowałam prowizoryczny domek, bo czułam potrzebę posiadania schronienia mimo że tu nie padał deszcz ani nie spotkałam groźniejszych zwierząt od komarów, to ten otaczający mnie świat był halucynacją... Bolące zranienia i zadrapania były nieprawdziwe, problemy życia bez zdobyczy cywilizacji były nieprawdziwe, a odległy świat gdzie ciągle sobie leżałam i być może nie upłynęła ani godzina miał być tym realnym i prawdziwym.
Na szczęście pewnego dnia szukając czegoś do zjedzenia ujrzałam niezwykłego motyla nieznanego mi gatunku...
piątek, 9 lutego 2018
Lilium 4
Co jest prawdziwe?
Co jest prawdziwe?
Te pytania całkowicie zawładnęły moimi myślami... I czuję że na ten temat wiem coraz mniej...
Wiem ,że to czego aktualnie doświadczam to nie rzeczywistość, bo to wizje wywołane dmt, mam tego pełną świadomość, mimo to ich doświadczam, słyszę, widzę, mogę dotknąć, porozmawiać...
Czy to znaczy że moje doświadczenia są prawdziwe? Czy coś oderwanego od rzeczywistości może być prawdziwe? Czy też powinnam uznać że nie są prawdziwe, ale przecież tego właśnie doświadczam?
Zaczynam słyszeć echo własnych myśli... Nie, nie echo, raczej jakby jakiś głos i to nie mój mimo że w mojej głowie ...
Doświadczam
Do świat cza
do świata czarów...
czar...
czarny...
Czerń mnie otacza, taka kompletna i nie przenikniona.
Takiej jakiej w realnym życiu nie sposób doświadczyć.
Jest jakby gęsta.
Nie widzę dosłownie nic, doświadczam tylko gęstej czerni
Ile to trwa? Nie sposób określić, bo jak w takich warunkach określić upływ czasu?
-Cza cza czasss sssss syczy wąż - głos kontynuuje swoje zabawy słowami.
Może minuty a może godziny?
-Go kogo? dziwny... - głos dalej swoje.
Na podstawie tempa własnych myśli też nic nie ustalę bo ten głos ciągle mi utrudnia myślenie .
-Zamknij się!
-Się? się? siebie? ciebie? -pyta się natręt
-Kim lub czym jesteś?
-Jestem, jestem ,jestem...
Ja pierdolę!!!
-pi ? pi er kwadrat nie dolę - odpowiada głos
Czy tak się czuje schizofrenik? Tego nie wiem, ale obcy głos w głowie ,bawiący się słowami jest irytujący
-I 'ry' tu i 'rrry' tam - podśpiewuje sobie głos -irrrrytuję, truję, tru tu tu, tu jem, jem, mniam...
Nie myśleć! - oto rozwiązanie, on opiera się na moich myślach...
-My? śledź, śledzie, jedzie....
-Nie myśleć!!!!
-Niiie? ni, ni... Nina? na czym???
-Zamknij się!!! Błagam!!!!
-Bałagan, bałagan - nabija się ze mnie głos
Co jest prawdziwe?
Te pytania całkowicie zawładnęły moimi myślami... I czuję że na ten temat wiem coraz mniej...
Wiem ,że to czego aktualnie doświadczam to nie rzeczywistość, bo to wizje wywołane dmt, mam tego pełną świadomość, mimo to ich doświadczam, słyszę, widzę, mogę dotknąć, porozmawiać...
Czy to znaczy że moje doświadczenia są prawdziwe? Czy coś oderwanego od rzeczywistości może być prawdziwe? Czy też powinnam uznać że nie są prawdziwe, ale przecież tego właśnie doświadczam?
Zaczynam słyszeć echo własnych myśli... Nie, nie echo, raczej jakby jakiś głos i to nie mój mimo że w mojej głowie ...
Doświadczam
Do świat cza
do świata czarów...
czar...
czarny...
Czerń mnie otacza, taka kompletna i nie przenikniona.
Takiej jakiej w realnym życiu nie sposób doświadczyć.
Jest jakby gęsta.
Nie widzę dosłownie nic, doświadczam tylko gęstej czerni
Ile to trwa? Nie sposób określić, bo jak w takich warunkach określić upływ czasu?
-Cza cza czasss sssss syczy wąż - głos kontynuuje swoje zabawy słowami.
Może minuty a może godziny?
-Go kogo? dziwny... - głos dalej swoje.
Na podstawie tempa własnych myśli też nic nie ustalę bo ten głos ciągle mi utrudnia myślenie .
-Zamknij się!
-Się? się? siebie? ciebie? -pyta się natręt
-Kim lub czym jesteś?
-Jestem, jestem ,jestem...
Ja pierdolę!!!
-pi ? pi er kwadrat nie dolę - odpowiada głos
Czy tak się czuje schizofrenik? Tego nie wiem, ale obcy głos w głowie ,bawiący się słowami jest irytujący
-I 'ry' tu i 'rrry' tam - podśpiewuje sobie głos -irrrrytuję, truję, tru tu tu, tu jem, jem, mniam...
Nie myśleć! - oto rozwiązanie, on opiera się na moich myślach...
-My? śledź, śledzie, jedzie....
-Nie myśleć!!!!
-Niiie? ni, ni... Nina? na czym???
-Zamknij się!!! Błagam!!!!
-Bałagan, bałagan - nabija się ze mnie głos
środa, 31 stycznia 2018
HPPD
Zaburzenie postrzegania spowodowane halucynogenami (ang. Hallucinogen Persisting Perception Disorder, HPPD) – powtarzające się, trwałe zmiany w percepcji spowodowane używaniem substancji psychodelicznych, np. psylocybiny.
Retrospekcje te polegają np. na niewielkiej zmianie postrzegania
kolorów, bądź pojawianiu się tekstur przed oczami. Utrzymują się nawet 5
lat i więcej. Zwykle nie przeszkadzają w życiu, choć mogą być męczące. W ICD 10 ma kod F16
Tyle można wyczytać na polskiej wikipedii, z angielskiej jak to często bywa można się dowiedzieć więcej, więc wynotuję z niej to co uważam za ważne :
- HPPD różni się od flesh-backów ( retrospekcji) ze względu na względną trwałość; podczas gdy retrospekcje są przejściowe, HPPD jest trwałe.
- Istnieje wiele zmian percepcyjnych, które mogą towarzyszyć HPPD. Typowymi objawami tego zaburzenia są:
aureole lub aury otaczające obiekty,
ślady następujących po sobie obiektów w ruchu,
trudności w rozróżnianiu kolorów,
pozorne przesunięcia w odcieniu danego przedmiotu,
złudzenie ruchu w ustawieniu statycznym,
powietrze przyjmujące ziarnistą lub teksturowaną jakość ( wizualny śnieg lub statyczny, według popularnego opisu, nie mylić z normalnym " zjawiskiem entoptycznym niebieskiego pola "), zniekształcenia wymiarów postrzeganego obiektu i zwiększoną świadomość mętów .
Zmiany wizualne doświadczane przez osoby z HPPD nie są jednorodne i wydają się występować indywidualne różnice zarówno pod względem liczby, jak i nasilenia objawów.
- Wizualizacje występujące przy HPPD nie stanowią prawdziwych halucynacji w sensie klinicznym tego słowa; ludzie z HPPD uznają wizualizacje za iluzoryczne lub pseudo halucynacje, a tym samym utrzymują zdolność do ustalenia, co jest realne (w przeciwieństwie do niektórych chorób psychicznych, takich jak schizofrenia )
-Prawdopodobieństwo rozwoju HPPD po spożyciu halucynogenu jest nieznane
- Środkii, które były związane z HPPD obejmują
psychodeliki typu : LSD , 5-MeO-DiPT , MDA , MDMA , psylocybina ,
nie zaliczane do psychodelikówe difenhydramina , PCP , zolpidem (!!!), eszopiklonem i dużymi dawkami dekstrometorfanu ,
Tyle podstaw teoretycznych, czas przejść do praktyki. Zaznaczam że piszę tylko na własnym przykładzie, który jest dość skrajny. Chcę się tym podzielić głównie ze względu na minimalną świadomość występowania tego zjawiska, częste, wręcz nagminne diagnozowanie u takich osób schizofrenii, mimo iż przy HPPD człowiek ma pełną świadomość że to tylko 'wizuale'... no i w większości przypadków dostrzegalna jest korelacja występowania tych zaburzeń z zażywaniem konkretnych środków.
Osobiście ze względu na znaczne natężenie objawów, próbowałam leczenia farmakologicznego, niestety nie pomogło, a kilka leków wręcz pogorszyło sytuację, lecz uważam że gdy ktoś to ma i go to męczy należy spróbować tej drogi, gdyż dla wielu osób było to zbawienie.
Osobiście aktualnie sobie z tym żyję, okresowo natężenie rośnie, potem maleje - nie dostrzegam związków przyczynowo skutkowych z nastrojem, sytuacją życiową itd
Śnieg optyczny mi osobiście z zasady nie przeszkadza, czasem tylko gdy wydaje mi się np że pada deszcz lub śnieg podczas gdy nic takiego się nie dzieje;)
Tyle można wyczytać na polskiej wikipedii, z angielskiej jak to często bywa można się dowiedzieć więcej, więc wynotuję z niej to co uważam za ważne :
- HPPD różni się od flesh-backów ( retrospekcji) ze względu na względną trwałość; podczas gdy retrospekcje są przejściowe, HPPD jest trwałe.
- Istnieje wiele zmian percepcyjnych, które mogą towarzyszyć HPPD. Typowymi objawami tego zaburzenia są:
aureole lub aury otaczające obiekty,
ślady następujących po sobie obiektów w ruchu,
trudności w rozróżnianiu kolorów,
pozorne przesunięcia w odcieniu danego przedmiotu,
złudzenie ruchu w ustawieniu statycznym,
powietrze przyjmujące ziarnistą lub teksturowaną jakość ( wizualny śnieg lub statyczny, według popularnego opisu, nie mylić z normalnym " zjawiskiem entoptycznym niebieskiego pola "), zniekształcenia wymiarów postrzeganego obiektu i zwiększoną świadomość mętów .
Zmiany wizualne doświadczane przez osoby z HPPD nie są jednorodne i wydają się występować indywidualne różnice zarówno pod względem liczby, jak i nasilenia objawów.
- Wizualizacje występujące przy HPPD nie stanowią prawdziwych halucynacji w sensie klinicznym tego słowa; ludzie z HPPD uznają wizualizacje za iluzoryczne lub pseudo halucynacje, a tym samym utrzymują zdolność do ustalenia, co jest realne (w przeciwieństwie do niektórych chorób psychicznych, takich jak schizofrenia )
-Prawdopodobieństwo rozwoju HPPD po spożyciu halucynogenu jest nieznane
- Środkii, które były związane z HPPD obejmują
psychodeliki typu : LSD , 5-MeO-DiPT , MDA , MDMA , psylocybina ,
nie zaliczane do psychodelikówe difenhydramina , PCP , zolpidem (!!!), eszopiklonem i dużymi dawkami dekstrometorfanu ,
Tyle podstaw teoretycznych, czas przejść do praktyki. Zaznaczam że piszę tylko na własnym przykładzie, który jest dość skrajny. Chcę się tym podzielić głównie ze względu na minimalną świadomość występowania tego zjawiska, częste, wręcz nagminne diagnozowanie u takich osób schizofrenii, mimo iż przy HPPD człowiek ma pełną świadomość że to tylko 'wizuale'... no i w większości przypadków dostrzegalna jest korelacja występowania tych zaburzeń z zażywaniem konkretnych środków.
Osobiście ze względu na znaczne natężenie objawów, próbowałam leczenia farmakologicznego, niestety nie pomogło, a kilka leków wręcz pogorszyło sytuację, lecz uważam że gdy ktoś to ma i go to męczy należy spróbować tej drogi, gdyż dla wielu osób było to zbawienie.
Osobiście aktualnie sobie z tym żyję, okresowo natężenie rośnie, potem maleje - nie dostrzegam związków przyczynowo skutkowych z nastrojem, sytuacją życiową itd
Śnieg optyczny mi osobiście z zasady nie przeszkadza, czasem tylko gdy wydaje mi się np że pada deszcz lub śnieg podczas gdy nic takiego się nie dzieje;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)